wtorek, 16 lipca 2013

Studia - komedia w trzech aktach

Od kilku miesięcy z zainteresowaniem śledzę wypowiedzi studentów, absolwentów i pracodawców. Sama od dawna miałam ochotę wyrazić swoje zdanie na temat polskiego szkolnictwa wyższego, ale z braku czasu mówiłam sobie: po sesji, po napisaniu pracy licencjackiej, po obronie. Ostatecznie okazało się, że dopiero wczoraj, gdy odebrałam dyplom, cały stres może dobiec końca. Przynajmniej na kilka dni, dopóki nie czuję na karku deadline`u rejestracji na studia drugiego stopnia – potem kolejny etap bycia członkiem tej maskarady rozpocznie się od nowa.


Otoczona starszym rodzeństwem i kuzynostwem od dziecka miałam jakiś tam obraz studiów. Chciałam iść na archeologię i widziałam siebie zakurzoną, siedzącą w dole i szukającą śladów przodków. Potem chciałam być prawnikiem i tu również widziałam tylko ludzi ucieszonych sprawiedliwym wyrokiem, bądź złoczyńców za kratkami. Człowiek jednak dorasta, poznaje świat i samego siebie. Nie lubię być ciągle w podróży, więc archeologiczne wojaże odpadają; brzydzę się także wykorzystywaniem przywilejów przez prawników i smuci mnie brak ich poczuwania się do bycia wzorem, co powinno być normą na stanowisku publicznym - więc do tego świata należeć także nie chciałam. Ostatecznie poszłam na filologię polską: jako młoda poetka i osoba, która kocha pracować z ludźmi stwierdziłam, że się nadaję. Trzeba przyznać, że całkiem praktyczne miałam podejście – choć wcale nie kierowałam się przy wyborze studiów tym, czy pracę będę miała, czy nie; uważam, że nie mogę się na ten temat wypowiadać, póki nie wejdę na rynek pracy. Mogę za to opowiedzieć o tym, co widzę jako świeża absolwentka filologii polskiej i studentka archiwistyki.

AKT I – STUDENCI

Stereotypowy opis studenta: ma masę wolnego czasu, pieniądze przepija lub przepala, uczy się niewiele. Niestety takie słowa nie raz słyszałam także od wykładowców, i to w trakcie prowadzonych przez nich zajęć. Nie wiem, czy nie potrafią, czy nie chcą dostrzec tych, którzy wkładają wysiłek w studiowanie dwóch kierunków, bądź pracę, by utrzymać się na studiach; niektórzy studenci mają też już rodziny – i żaden wykładowca nie prawa oceniać nas w ten sposób. Z jednej strony jest to więc opinia krzywdząca, z drugiej – część studentów reprezentuje taką postawę, choć sama nie wiem, na ile jest to ich styl życia, a na ile pewna kreacja, by być „fajnym”. Nie oceniam, nie krytykuję – każdy ma prawo, ba!, wręcz powinien żyć tak, jak chce – mówię tylko, że niebezpieczne jest takie szufladkowanie ludzi studiujących, zwłaszcza przez wykładowców, którzy powinni znaleźć złoty środek między obiektywizmem, a podejściem indywidualnym – wybrali przecież życie pedagoga, powinni być wzorem; zachowywać się, jak mentorzy. 
Istnieje też grupa uczących się, dla których słowo „student” jest synonimem odżywiania się fast foodami i bałaganu w pokoju. Z przykrością też stwierdzam, że przez studia da się przejść na zwolnieniach lekarskich i kombinowaniu. Jak mieć jednak żal do studentów, skoro to wykładowcy pozwalają na ściąganie i niekiedy sami (oczywiście wybranym – najczęściej swoim grupom) podpowiadają na egzaminach? Może tylko czasem być mi przykro, że nie potrafię być bezczelna i korzystać z tego, na co pozwalają wykładowcy. Ale myślę, że w przyszłej pracy wszystko ulegnie weryfikacji. Kiedyś mówiło się też o wyścigu szczurów – nie wiem, czy jeszcze istnieje. Owszem, są osoby, które śpią po trzy godziny, bo chcą być jak najlepsze, ale cóż, moim zdaniem zdrowie jest cenniejsze, niż zabijanie się o ocenę wyżej (nie mówię o przypadkach, dla których stypendium naukowe jest kwestią utrzymania się na studiach, choć chyba też nie tak powinno to wyglądać). I mówiąc o zabijaniu się nie  używam metafory – często kończy się to w szpitalu.

AKT II – WYKŁADOWCY

Zazwyczaj mówi się o wielkiej inteligencji i trudzie, jaki wykładowcy włożyli w swoją edukację i publikacje. Mamy ich wielbić i szanować. Ale niestety tylko jednostki cenię, i to niekoniecznie tych z tytułem profesora. Większość osób, które prowadzi zajęcia, nie interesuje się, czy i jaką wiedzę studentowi przekaże. Potrafią być wulgarni, a zamiast realizować materiał nie robią nic (wybaczcie, ale cenię swój czas i nie mogę godzić się na coś takiego – zwłaszcza, że ktoś wyżej chce, żeby za drugi kierunek płacić). Znów więc tym, co na studiach są przez przypadek się udaje, a reszta jest poszkodowana. A fakt, że prowadzący zajęcia umyślnie pozwalają na ściąganie jest poniżej pasa – w taki sposób uczelnie nie wypuszczą na rynek osób z jakimikolwiek kompetencjami, a osoby, które realnie włożyły trud w zdobycie wiedzy zginą w tłumie tych, którzy korzystali ze ściąg i ciężko będzie ich zauważyć. Nie wiem dlaczego wykładowcy tak postępują: boją się niżu, czy tak bardzo nie obchodzi ich poziom na uczelni?
Mam też żal do wykładowców, że nie interesują się, bądź nie zwracają uwagi na statut uczelni, czy prawo – choć to nie my wymyślamy zasady tej gry uczelnianej, jaką daje komputeryzacja czy nowe ustawy. Jakimś cudem prowadzącym zajęcia uchodzi na sucho zmienianie sposobu zaliczenia zajęć, nieprzestrzeganie terminów, bądź komentarze na tle seksualnym. Chyba jednak najbardziej stosunek wykładowców był widoczny w ostatnim semestrze: studenci powinni się bronić, ale żeby to zrobić muszą mieć wpisane wszystkie oceny w systemie USOS. Szkoda tylko, że czasem trzeba przez kilka tygodni wręcz nachodzić wykładowców, by ów ocenę wpisali. Sama niestety odczułam to na własnej skórze – dopiero rankiem, w ostatecznym dniu, żebym mogła bronić się jeszcze w czerwcu, otrzymałam wpis. Ciekawe, czy ma to związek z tym, że dzień wcześniej, zmęczona próbami skontaktowania się z prowadzącą zajęcia, spytałam się pracowniczek owego sekretariatu, gdzie mogę złożyć skargę. Co więcej? Na mojej uczelni namawia się studentów do wypełniania na koniec zajęć anonimowych, internetowych ankiet – z owego przedmiotu ankieta wyjątkowo się nie pojawiła. Trudno uwierzyć, że może być to efektem błędu w systemie.

AKT III – ADMINISTRACJA

W tym temacie należy mieć stalowe nerwy. Okazuje się bowiem, że nawet, gdy prawo jest jedno, komórki administracyjne potrafią podawać różne informacje na jeden temat - nikt nie nadąża za zmianami, a studenci nie mają jak zdobyć kompletnych, wiarygodnych informacji. Będąc jednak studentką dwóch wydziałów muszę powiedzieć, że wiele zależy od samego pracownika dziekanatu: jednej pani się chce, więc wysyła nam e-maile z wszelkimi informacjami; druga używa tej opcji tylko od czasu do czasu.
Ostatni semestr to nie tylko obrona. To także odbiór dyplomu i rejestracja na studia drugiego stopnia. Ciężko to jednak zrobić, gdy pracownicy idą na urlop. Z jednej więc strony najpierw student wkłada siły w to, aby jakimś cudem mieć wpisane wszystkie oceny w system przed obroną (choć zaliczył przedmiot kilka tygodni, a nawet miesięcy wcześniej), a potem jeszcze musi wstrzelić się w termin przed urlopem swojego promotora (który urlop może mieć już w lipcu) i przed lub po urlopie pani z dziekanatu, czy władz, które muszą podpisać dyplom. A rejestracja jest do końca lipca, dostarczanie dokumentacji w tym roku kończy się np. do 10 sierpnia. Wyjeżdżając z miasta, w którym studiuję, przeszukiwałam też regulamin studiów i stronę internetową uczelni, by dowiedzieć się, jak szybko mój dyplom będzie gotowy – nie znalazłam jednak żadnej informacji. Podczas rozmowy telefonicznej z pracownikiem dziekanatu zostałam poinformowana o tym, że mam na odbiór dokumentu 30 dni. Nie wiem, gdzie jest to uregulowane prawnie. Nie wiem, dlaczego w takim razie osoba, która jest odpowiedzialna za wydanie studentom tych dokumentów ma w tym czasie urlop i twierdzi, że nikt nie może wydać ich w zastępstwie.
Nikt też chyba nie patrzy na to, że cały bałagan administracyjny dla studenta to często dodatkowe koszta – nie wszyscy mieszkają w mieście, w którym studiują. Na wakacje większość wraca do domu – bo tak taniej – i potem przykre jest kilkukrotne jeżdżenie do uczelni po dokumenty (bądź informacje) po to, by potem pociągnąć klamkę zamkniętego dziekanatu. Sala, w której byliśmy umówieni z prowadzącym zajęcia także bywa pusta. Nie potrafię wytłumaczyć tego niczym innym, jak brakiem szacunku dla studentów, dzięki którym zarówna pani w dziekanacie, jak i wykładowca mają pracę.

EPILOG

Na koniec dodam, że powyższa wypowiedź nie jest wylewaniem żalu – to tylko spisanie obserwacji. Osobiście studia skończyłam bez większych problemów, studiując równocześnie także drugi kierunek, bez wykorzystywania urlopów dziekańskich, posiadanego IOSa, czy ciągłego chodzenia do wykładowców, narzekając na ciężki los dwukierunkowa. Jak już też pisałam – na chwilę obecną nie interesuje mnie temat, czy mnie ktoś zatrudni, czy nie. Po prostu spokojnie dążę do tego, by wszystko, co robię – robić jak najlepiej i coś z tego w miarę możliwości wyciągnąć. Jestem człowiekiem nadziei, więc myślę, że najgorzej w przyszłości nie będzie. Nie zamierzam wymagać od pracodawców Bóg wie czego, skoro sama widzę, jak groteskowe jest funkcjonowanie uczelni – czuję się prawie jak bohater Tanga Mrożka, który będąc tym najmłodszym paradoksalnie musiał walczyć o jakieś zasady, tyle że w rolę dziadków i rodziców wcielają się wszyscy ci, którzy mają wpływ na to, jak uczelnie wyższe działają. Żałuję tylko, że stres, który przynoszą mi studia być może nie jest wart uzyskanego dyplomu.

Grafika z: link


3 komentarze:

paranoJa pisze...

liczyłam jednak na wylewanie żali. :P ale spoko, nadrobię za Ciebie, za rok, nie lubię odchodzić skądkolwiek po cichu. ;)

inna rzecz, że ze znaczną częścią tego, co napisałaś, się nie zgadzam. jest czwarta rano i nie chcę tu rozwijać wszystkich tematów, ale kwestia wykładowców - napisałaś, że szanujesz nielicznych, niekoniecznie z tytułem profesora. a wiesz dlaczego? wykładowcy są jacy są. tych młodych jeszcze nie przeżarła rdza goryczy po prostu. ludzie, którzy nierzadko poświęcili pół życia, by dojść do momentu, w którym się znajdują, zarabiają psie pieniądze za użeranie się z bandą tumanerii. sad, but true story, bro!

Klaudia pisze...

Tak, sama doszłam do wniosku, że być może, gdy młodzi będą profesorami, będą tak samo wkurzający - ale uznałam, że jednak nie mogę tak na to patrzeć. Pokolenie też nierówne pokoleniu, jest szansa, że będzie inaczej. :P

Łukasz pisze...

Zdaje się że studiujemy na tym ... tfu - ja już nie studiuję.

UMK. hmmm... Miałem szczęście studiować kierunek, na którym problemy opisane przez Ciebie występują, ale jakby o mniejszym natężeniu. Przykład?

Np. studenci historii kochają chodzić do dziekanatu. Miłe i pomocne panie są naprawdę POMOCNE nie tylko z nazwy.

Dodatkowo wykładowcy choć różni to poniżej pewnego poziomu nie schodzili. Nienawiścią do nikogo nie pałam ani teraz jako absolwent ani jako wówczas student (antypatie oczywiście istnieją).

Sam kierunek ciekawy, choć zabijany przez administrację. Daje nam się przedmioty "zapchajdziury", o których nikt nie wie po co historykowi. A już na pewno nikt nie wie po co historykowi przez 15 godzin w semestrze. Ani to się tego nauczyć ani olać.

Podsumowując ja miałem szczęście studiować jeden chyba z lepiej skonstruowanych kierunków na UMK (przynajmniej porównując do obcych opinii).

Choć może to wszystko tylko efekt tego że naprawdę to lubiłem... ;)?