środa, 26 marca 2014

Największy przegrany 2013, czyli recenzja filmu „American Hustle”

Niemalże każdego roku przy okazji wszelkiego rodzaju nagród, wyróżnień, plebiscytów czy czego tam jeszcze, znajdzie się ktoś, kto zaprezentował się naprawdę fajnie, lecz mimo wszystko przegrał i przeminął niepostrzeżony. Taki feler przytrafił się w tym roku ludziom, którzy stworzyli film „American Hustle”.



Fabuła

Pomysłodawcy nakręcenia „AH” wpadli na bardzo ciekawy pomysł. Historia przekrętu na skalę krajową już sama w sobie jest ciekawostką, a dobrze napisana może być arcydziełem. Do tego fantastycznie ukazany motyw kłamstwa. Wszystko kręci się wokół fałszu, widz do końca nie wie, kto jest pozytywną jednostką, a kogo powinien znienawidzić. Każdy okłamuje każdego i to w każdej sferze życia – w biznesie, przyjaźni, miłości, praworządności. Dzięki temu film zyskuje na dynamice, raz bohater jest na wozie, raz pod nim. To historia drobnych kanciarzy, którzy wpadli w ręce FBI.  Wydaje się niezbyt skomplikowane, prawda? Przyznam, że dawno tak się nie pomyliłem przewidując przebieg zdarzeń po obejrzeniu kilku pierwszych scen. Reżyser David O. Russell wycisnął z fabuły maksimum, zahaczając o film akcji, dramat i komedię. Wszystkiego po trochu. Z perspektywy czasu (i choćby oscarowej gali) może lepiej było skupić się na pojedynczym elemencie?

Oscara jednak nie ma, bo za lepszego reżysera uznano Cuarona i jego „Grawitację”, co moim zdaniem jest akurat żartem. Ale na ekranach w 2013 był jeszcze „Wilk z Wall Street” Martina Scorsese, a więc historia podobna, a jednak ukazana bardziej charakternie, z pazurem. Mniej psychologii, więcej emocji – to wydaje się recepta na sukces.

Realizacja

Tutaj również było blisko. Wszystko stoi na ponadprzeciętnym poziomie, ale znów konkurencja wspięła się jeszcze wyżej. I tak zamiast ekstrawaganckich strojów Amy Adams, widzowie zapamiętają kreacje Carey Mulligan z „Wielkiego Gatsby`ego”. Scenografia też niczego sobie, ale znów wyższość Gatsby`ego. Co do montażu, to nieco lepiej prezentuje się „Wyścig”. Jako ogólny obraz „AH” przegrał ze „Zniewolonym” ale tu już wkracza na scenę poprawność polityczna, a nie faktyczna jakość.

Obsada

W tym aspekcie było zdecydowanie najbliżej Oscara. Trio Bale, Adams, Cooper stworzyło mieszankę wybuchową. Wszyscy dali z siebie maksimum i naprawdę czapki z głów (w szczególności dla Bradleya Coopera). Kiedy oglądałem „American Hustle” zastanawiałem się, jak dobrze musiał zagrać w „Witaj w klubie” Matthew McConaughey, że wyprzedził Bale`a. Analogicznie rzecz się miała z Cate Blanchett i Jaredem Leto. Na dodatek potem obejrzałem „Wilka z Wall Street” (recenzja niedługo!) i zwyczajnie nie potrafię sobie wizualizować lepszej roli pierwszoplanowej niż Jordan w wykonaniu Leonardo DiCaprio. A jednak ponoć istnieje…

Meritum

„American Hustle” to bardzo dobry film, opowiadający ciekawą historię, świetnie zagrany, etc., etc. Jednak w kluczowych momentach brakuje mu tej iskry geniuszu (albo wątku niewolnictwa – ot taki złośliwy przytyk), która dałaby temu obrazowi miejsce w Hall of Fame Hollywoodu. Tak jak to pokazały tegoroczne Oscary – dziesięć nominacji i zero statuetek. Zawsze znalazł się ktoś lepszy (albo skuteczniej trafiający do mas – ot z kolei przytyk do „Grawitacji”).

plakat z filmweb.pl

6 komentarzy:

Piotr Wysocki pisze...

W mądry sposób się nie wypowiem, bo nie oglądałem - zamierzam jednak niebawem to nadrobić :) A Grawitacja nie jest zła, nawet jeśli nieco za płytka, to ogląda się ją świetnie ;)

Daniel pisze...

O Grawitacji będzie pisać Klaudia, bo ja byłbym zbyt okrutny. Dla mnie stosunek zachwytów nad tym filmem w porównaniu do emocji w nim zawartych jest zdecydowanie nieproporcjonalny. Nie potrafię tego do końca sam zrozumieć, ale naprawdę niewiele rzeczy mi się w Grawitacji podobało.

paranoJa pisze...

Grawitacja to był jakiś żart. i to słaby.

Kamil pisze...

Oglądałem i nie rozumiem jakim sposobem ten film miał najwięcej nominacji. Gdyby był największym wygranym, w następnym roku nie wierzyłbym ani krztynę w obiektywizm Akademii Filmowej. Może i mamy tu ciekawą grę aktorską, ale główna intryga jest przewidywalna, a film nudny. Nie znalazłem w nim nic co by mnie zaciekawiło.. no oprócz strojów głównych bohaterek ;P

escapologist pisze...

Oglądałam "Witaj w klubie" i moje wszelkie Oskarowe wątpliwości ("ale Leo!") zostały rozwiane. prze-ge-nial-nie, polecam :D
a sam "American Hustle", pomimo tego, że tuż po obejrzeniu stwierdziłam, że super i fajnie i ekstra cool, to po czasie niewiele z filmu pozostało mi w głowie. no może role kobiece, bo były świetne. no i trwała Coopera. no ale ona to mi się po nocach będzie jeszcze długo śniła :D

ponapisach pisze...

Chociaż Cooper zagrał świetnie, to Matthew Mcconaughey przegonił go o parę długości.

"American Hustle" to dobry, sprawnie zagrany i rzemieślniczo nakręcony film. Problem z nim polega na tym że chciano zbyt wiele upchnąć do jednego filmu. Największą zaś bolączką był fakt braku lidera tej opowieści. Nie wiadomo do końca na kim skupić uwagę, bo każdy aktor tutaj jest spięty tak jakby już odbierał Oscara :) Pozdrawiam.