czwartek, 24 kwietnia 2014

Takie demony, co atakują z każdej strony; czyli recenzja książki „Wiele demonów" Jerzego Pilcha

Tak żeby czasem nie zachęcić do dalszego czytania tego posta: twórczości Jerzego Pilcha nie znam, biografię tyle, co nic. Wiem, że alkoholik, ponoć były, że choruje, i od niedawna wydaje rok rocznie dzienniki. Czytałem jego felietony w prasie i tu moja wiedza się kończy. Dlatego kontekstów brak, odniesień nie uświadczycie – sam tekst, jedyne, co mi pozostało. Jednak w „Wielu demonach” zupełnie mi to wystarczy, a wam?

Na wstępie dodam jeszcze, że wszelkie spoilery treściowe w „Wielu demonach” nie są w stanie zepsuć lektury. A to z prostego powodu. Bo treść tej książki to zdecydowanie sprawa drugorzędna. Ale po kolei. Demony. Oprócz tych zawartych w samym dziele, wyróżniłem dwa, które nękały mnie jako czytelnika. Niczym w starej dobrej kreskówce spod znaku „Loony tunes” jeden demon odstrasza, drugi kusi.

Pierwszego, tego strasznego, nazwałem demonem fabuły. Jest brzydki, pokraczny i nie jest w stanie utrzymać równego, prostego kroku. Bardziej zatacza się od prawej do lewej, miota w nas wspomnieniami mniej lub bardziej aktualnymi i nie pozwala skupić się na niczym. Zło wcielone o stu twarzach. W jednym jest konsekwentny – grono bohaterów powieści jest przejrzyście przedstawione, każdy wie, kim jest i co ma robić. Postaci to mieszkańcy Sigły – miejscowości gdzieś niedaleko Cieszyna. Tutaj błysnę moją wątpliwej jakości wiedzą na temat biografii Pilcha. Autor wychował się w niewielkiej Wiśle, w rodzinie luterańskiej i taka właśnie jest Sigła. Główne role odgrywają pastor, pracownicy poczty i kilka rodów miejscowych, powszechnie mniej lub bardziej poważanych. Jednak żeby nie było tak łatwo, nazwiska poszczególnych siglan są diabelsko trudne do zapamiętania, więc tekst czyta się na zasadzie skojarzeń, nie wyłapywania poszczególnych osobników. Krótko mówiąc: fabuła jest bezmiar rozwlekła, nikczemnie niefrapująca i ułożona jak pudełka po pizzy na mojej poprzedniej stancji – niby wszystko stoi, ale cały czas ma się wrażenie, że zaraz runie.

Drugi demon, demon lingwistyczny. Co tu dużo mówić, koleś ratuje sytuację. Sądzę, że pod względem zaawansowania językowego i kreatywności w operowaniu nim, „Wiele demonów” to jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza książka w tym wieku (może ktoś, kto czytał choćby „Pod mocnym aniołem” powie mi, czy inne także wywołują pełnię szczęścia byle dialogiem?). To, jak Pilch tworzy narrację, która z kolei mogłaby być tematem na osobny post, ba! na osobną pracę licencjacką!, to prawdziwy majstersztyk. Palce (a może lepiej kartki?) można lizać pochłaniając kolejne dialogi, będące filozoficzno-filologiczno-groteskową bombą. Znane jest mieszanie stylu wzniosłego z potocznym, ale to, jak patetyczną konwersację bohaterka Pilcha kwituje krótkim „spierdalaj pan!”, każdego polonistę wprawi w językową ekstazę. Ma to też swoje wady. Prawda jest taka, że „Wiele demonów” czytałem wyjątkowo długo, a to dlatego, że zwyczajnie po 10 stronach lektury byłem już nasycony geniuszem języka Pilcha, jednak fabuła nijak nie zachęcała do dalszego wysiłku.

Słowem podsumowania tego chaosu. „Wiele demonów” to jedna z najnudniejszych książek,jakie w życiu czytałem, a ostatnio czytałem jakieś pierdoły o Don Juanach. Ale! „Wiele demonów” to jedna z najlepszych książek,jakie w życiu czytałem, a czytałem cały tzw. kanon polskich wielkich dzieł i większość krążących po ich orbicie utworów. Niezbyt fascynująca analiza małej społeczności przystrojona w język, którego nie powstydziliby się najwięksi prozaicy naszych i minionych czasów. Mało akcji, dużo psychologii, mnóstwo genialnego pióra autora – tak można by ująć to najkrócej. Polonistom polecam, niektórzy powinni docenić.

Jerzy Pilch "Wiele demonów", Warszawa, Wydawnictwo "Wielka Litera", 2013, ss. 479.

2 komentarze:

Aga CM pisze...

Po Twojej recenzji z pewnością nie sięgnę po tą pozycję

Daniel Zielaskiewicz pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.