czwartek, 6 marca 2014

Recenzja książki „Brudne ulice nieba" Tada Williamsa

Fani książek fantasy zapewne znają Tada Williamsa, twórcę cyklów "Pamięć, Smutek i Cierń" czy "Inny świat", okrzykniętego "największym talentem w fantasy od czasów Tolkiena". Sceptycznie podchodzę do takich określeń, ale po przeczytaniu powieści "Brudne ulice nieba" muszę przyznać, że rozumiem, co mieli na myśli twórcy tego porównania. Przede wszystkim książka jest szalenie ciekawa, czyta się ją jednym tchem. Zetknęłam się już z Williamsem książką "Miasto złocistego cienia", ale było to tak dawno temu, że jak przez mgłę pamiętam fabułę. Wiem jedno - wrócę tam.


Co tu dużo mówić - pisarz zna się na rzeczy. Świat, który stworzył jest miejscem nam współczesnym, a bohaterowie żyją w tym samym mainstremie, co my. Mimo że są aniołami. I diabłami, rzecz jasna. Szeroko rozumiany realizm to coś, co jest dla mnie koniecznością w naprawdę dobrej fantastyce. Nie obchodzi mnie, jak wyglądają postacie, gdzie żyją, a to, czy są wystarczająco (i poprawnie) spsychologizowane. I tego właśnie dostarczył mi Williams.

Główny bohater, Bobby Dolar, nie jest aniołem ustawionym wysoko w hierarchii. Pracuje jako adwokat, czyli broni dusz zmarłych osób, po to, by poszły do nieba. Strona przeciwna, Piekło, ma swoich prokuratorów i nie zawsze jest łatwo wybronić człowieka. Brzmi prosto? Bo tak jest, do czasu, aż zaczynają znikać dusze, a obie strony twierdzą, że nie mają z tym nic wspólnego. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że relacje między Niebem a Piekłem są określone ścisłymi traktatami. Zapomniałabym najważniejszego - anioły, takie jak Bobby, żyją na ziemi, w ludzkim ciele. Piją, palą, czują ból. I tak naprawdę nie mają pojęcia, czy istnieje Najwyższy, któremu służą. Bywają w Niebie jedynie służbowo - nasz bohater szczególnie często trafia na dywanik do szefostwa. Wyobraźnia autora wybiega daleko, ale na ogół trzyma się praw religii katolickiej - jak to, że po śmierci nie pamięta się życia na ziemi, nawet naszych bliskich. Jest się zupełnie innym bytem. Dlatego nawet anioły nie wiedzą, co było przedtem.

Akcja zaczyna się od zniknięcia pierwszej duszy, którą miał bronić nasz bohater, Bobby. Jakby kłopotów było mało, nasz buntowniczy aniołek zaczyna być ścigany przez wysokiej rangi diabła (za kradzież, o której nie ma pojęcia) i zakochuje się w diablicy o polskich korzeniach - Casimirze. Kulminację przynosi konferencja Nieba i Piekła, ale czy można ufać tej ciemniejszej stronie mocy, zwłaszcza, że spotkanie odbywa się na jej terytorium? Zdradzę tylko tyle, że podczas tej lektury nie można się nudzić.

Oprócz wiarygodnych postaci i ciekawej fabuły Tad jest także mistrzem rozbawienia czytelnika. Nie mam pojęcia skąd facet czerpie inspiracje. Williams postarał się też o wartości wyższe, niż tylko rozrywkowe. Przemyca bohaterami (i w ogóle całą fabułą) rozważania teologiczne, na które czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Czy może więc być lepiej? Tak! Powieść podzielona jest na krótkie rozdziały, więc świetnie nadaje się do zabicia czasu dosłownie wszędzie. 

Jeśli lubicie takie klimaty, sięgajcie po książkę jak najszybciej, bo w przygotowaniu już kolejna część o losach Dolara, pt. "Szczęśliwa godzina w piekle". A może ktoś znacie już Tada Williamsa?

Za książkę dziękujemy:
http://ksiazkowy-blog.blogspot.com/

2 komentarze:

Vogue Swing pisze...

Oj ja nie znam książki....
Bardziej wolę książki na prawdziwych faktach :D
vogueswing.blogspot.com

Sabina Milewska pisze...

ciekawa książka :) rzadko sięgam po taką tematykę, ale podoba mi się sposób, w jaki autor puszcza wodze wyobraźni i kreatywności :D