niedziela, 29 grudnia 2013

Chciałbym się zestarzeć jak Stephen King

Powiecie „nie, no znowu horror. Głupi blog”. Tak, znowu, ale co począć – ten gatunek będzie mi towarzyszył przez najbliższe dwa lata (w końcu magisterkę z tego piszę). Jednak dziś naprawdę nie byle co. Pamięta ktoś „Lśnienie” Kinga? Staruszek postanowił odkurzyć jeden ze swoich najlepszych garniturów i przyodziać nim swoje najnowsze dzieło. Panie i panowie, nie House, nie Judym, nie Oetker, oto stara-nowa gwiazda horroru – „Doktor Sen”.

sobota, 28 grudnia 2013

Świąteczne wpisy blogerów


          
  Święta już minęły, ale dzięki kilku wolnym dniom miałam czas, by poodwiedzać blogi. W zasadzie czytam internetowe zapiski innych już chyba od dekady. Zabawne, jak ta cała blogosfera się zmieniła (ale o tym może kiedy indziej?). Tylko moje pisanie wciąż takie samo: sporadyczne. Zawsze mam wrażenie, że i tak nikogo moje wirtualne słowa nie interesują. Zwłaszcza, że sama jestem bardzo krytyczną czytelniczką. Najbardziej lubię czytać znajomych, co nikogo pewnie nie dziwi – interesują nas ludzie, o których coś wiemy. Mamy też świadomość, czy na ich recenzję reagować entuzjazmem, czy stwierdzeniem, że skoro X to poleca, to mi się nie spodoba. Ale na temat: do jakich wniosków doszłam przegryzając pierniczki?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

TAG: The Versatile Blogger Award

Co prawda Milena już w listopadzie dała nam zadanie, aby opowiedzieć o siedmiu (wspólnych!) „cechach”, ale dopiero w przedświątecznym nastroju mamy chwilkę aby się nad tym zastanowić. Brak czasu na początku grudnia zresztą widać w nikłej ilości notek. Mamy nadzieje, że rok 2014 będzie bardziej owocny. :)

niedziela, 1 grudnia 2013

Kilka słów o piórze Masłowskiej

Wydawałoby się, że proza Masłowskiej jest dla tych, których świat po prostu denerwuje. W końcu w każdej kolejnej próbie literackiej pisarka przygląda się otoczeniu tylko po to, by je rozbić - zdemaskować mniejsze i większe przywary ucywilizowanego, miejskiego człowieka. Mam alergię na wiele elementów świata, jednak ta proza nie zadowala mnie. 

środa, 27 listopada 2013

Pogromcy duchów na serio

Przy recenzji pewnego bardzo słabego opowiadania obiecałem, że gdy tylko trafię na jakiś wart polecenia horror, napiszę o tym na mamyalergię. Dziś nadszedł dzień, w którym mogę tę obietnicę spełnić. Co prawda nie będzie to książka, lecz dzieło kinematograficzne. Tytuł: „Obecność”, rok produkcji: 2013.

wtorek, 19 listopada 2013

Film, gdzie najlepiej grają jelenie

Coraz częściej mówi się, że doborowa obsada nie jest gwarantem dobrego filmu. Jednak na pewno głośne nazwiska kuszą potencjalnego widza. Tak też było w przypadku filmu „Sezon na zabijanie”, typowego amerykańskiego action movie, który wszedł do kin pod koniec czerwca 2013. Co dało zatrudnienie Roberta de Niro i Johna Travolty?

środa, 13 listopada 2013

Czysta nieczystość

Lubię ostre rockowisko, relaksujące reggae także lubię, lubię hip-hop i klasykę, lecz jazz i bluesa znam prawie tak słabo jak różniczkową matematykę. Ta nieudolna parafraza słów jednej z najnowszych piosenek zespołu Indios Bravos niech posłuży za wstęp i pewnego rodzaju asekurację. Mimo wszystko w myśl staropolskiej zasady „nie znam się, ale i tak się wypowiem”, zapraszam na recenzję płyty klanu Waglewskich pod jakże rodzinnym tytułem „Matka, Syn, Bóg”.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Facet, który drapie psy - czyli recenzja pewnego opowiadania

Od niedawna, z racji uczelnianych obowiązków i niekrytej przyjemności, przebijam się przez masę literatury typu horror. Ten całkiem przyjemny nakaz odkrywa przede mną nieznaną dotąd grupę polskich autorów, którzy z zapałem tworzą przerażające w ich mniemaniu historie. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Z racji niedostatecznego rozeznania postanowiłem nie krytykować poszczególnych tekstów. Miałem też wstrzymać się z tym postem do przeczytania całego zbioru, ale po jednym z opowiadań nie wytrzymałem…

niedziela, 3 listopada 2013

"Kolejny mit, puste słowo i krzyk" - recenzja nowego albumu Jamala "Miłość"

Już nie Policeman, nie Jataman, czasem Rudegyal, a przede wszystkim Man, który wie co to miłość. Zespół Jamal (tak, to zespół, którego wokalistą jest Tomek „Miodu” Mioduszewski) przedstawił nam swoje najnowsze dzieło pt. „Miłość”. Podobnie jak w przypadku Indios Bravos pojawiło się sporo nowości.

środa, 30 października 2013

Różnorodnie i pogodnie

Dawno mamyalergie nie pisało o muzyce. Pierwsze półrocze 2013 roku nie było zresztą zbyt owocne w nowe albumy. Jednak kiedy w październiku studenci ruszyli na zajęcia, kilka zespołów postanowiło umilić im chwile, wydając nowe krążki. Subiektywnie nasz wybór padł na kilka ulubionych pozycji. Dziś kilka słów o zespole Indios Bravos i ich najnowszym dziecku (metafora nowej płyty jako dziecka jak najbardziej nieprzypadkowa) pt. „Jatata”.

sobota, 12 października 2013

Przypomnienie króla


Recenzje na naszym blogu dotyczą z reguły książek/filmów, które są względnie nowe. Taki to już dzisiejszy świat, że trzeba pędzić do przodu i nie oglądać się za siebie. Dziś jednak pójdę pod prąd. W ramach kącika retro/old school zapraszam na recenzję horroru z 1975 roku, czyli „Miasteczka Salem” Stephena Kinga.

poniedziałek, 7 października 2013

Recenzja filmu „SESJE”


W polskiej kulturze seks przestał być tematem tabu, a historie miłosne w większości przekazów zaczęły nas nudzić. Coraz częściej burzymy się na przewidywalne fabuły komedii romantycznych, potrzebujemy czegoś więcej. Dzieje się tak, ponieważ film przestał być zwykłą rozrywką – stał się szansą na poszerzenie horyzontów, na dialog ze spojrzeniem innych osób na daną sprawę. Film Sesje jest obrazem, który pozwoli widzowi poznać także siebie – swoje reakcje na wątek miłości i seksu w życiu osoby niepełnosprawnej, skazanej na pomoc osób trzecich w niemal każdej codziennej czynności.

sobota, 5 października 2013

Zabijanie jest eko, recenzja filmu "Turyści"

Komedia? Czyli będzie zabawnie. Brytyjska? Czyli specyficzny humor ze sporą dozą inteligencji. Czarna komedia? Czyli będzie trochę śmiechu z rzeczy, z których zwykle się nie śmiejemy. Na koniec otoczka karawaningu, czyli najbardziej typowego w UK środka przemierzania kraju w okresie wakacyjnym. Zapowiada się kolejna fajna komedia z Wysp, w stylu „Hot Fuzz – Ostre psy” z niezawodnym duetem Pegg-Frost. Ale potem zaczął się film…

poniedziałek, 30 września 2013

Pierogarnia "Leniwa"

Z okacji akcji "Toruń za pół ceny" filtrowaliśmy kolejne lokale, aby uszczknąć coś z tej promocji. Na ten sam pomysł wpadli też inni, dlatego w większości lokali trudno byłoby zmieścić nawet główkę od szpilki. Ostatecznie wylądowaliśmy w Pierogarni Leniwa. 

niedziela, 29 września 2013

Recenzja książki „Alicja” Jacka Piekary

Z Piekarą spotykam się niezwykle rzadko, choć chyba to nie dziwi, skoro pan znany jest głównie jako znawca gier komputerowych i przedstawiciel polskiej, niestety ciągle dla mnie zbyt słabej, fantastyki. Na Alicję trafiłam przez przypadek, pierwszą połowę przeczytałam tylko z braku innego zajęcia (jak to często u mnie bywa), a drugą tylko po to, by dać Panu Jackowi szansę. 

piątek, 27 września 2013

Recenzja filmu "W imię..."

Lekko kontrowersyjny tytuł, billboardy z Chyrą w koloratce. W telewizji rozmowa z reżyserką, a dookoła tego wszystkiego hasła: KSIĄDZ-GEJ-PEDOFILIA-SKANDAL. Niestety prawie zawsze takie podbijanie bębenka nie pomaga, a wręcz szkodzi efektowi końcowemu. Podobnie jest w tym przypadku. Oto moja recenzja filmu „W imię…” Małgorzaty Szumowskiej.

czwartek, 19 września 2013

Jak jeden Niemiec zmienił cały Arsenal?



Środowy mecz pomiędzy Olimpique Marsylia a Arsenalem Londyn oraz sobotnie spotkanie Kanonierów z Sunderlandem miały jeden wspólny mianownik. Był nim Mesut Ozil (bądź Oezil, aż takim lingwistą nie jestem i nie wiem która forma jest poprawna), który w starciu z Czarnymi Kotami debiutował w Premier Leauge, z OM zagrał natomiast pierwszy raz w koszulce z armatką na piersi w Lidze Mistrzów. Obejrzenie transmisji z tych dwóch spotkań znacznie wypaczyło mój dotychczasowy sposób postrzegania drużyny Arsene`a Wengera. Dotychczas bowiem uważałem, że Arsenal jest zespołem dobrym, który jednak zbyt często popełnia gafy w defensywie i za bardzo kombinuje w ataku pozycyjnym. Po wydaniu tego lata pięćdziesięciu milionów euro na Niemca z Realu Madryt mój ogląd wyostrzył się, niestety – głównie na niekorzyść Kanonierów.

wtorek, 17 września 2013

Podsumowanie 7 kolejki T-Mobile Ekstraklasy

Po siedmiu seriach gier w polskiej ekstraklasie większość moich przedsezonowych przewidywań wzięło w łeb. Właściwie tylko Lechia, Podbeskidzie, Śląsk i ewentualnie Górnik grają tak, jak się spodziewałem. Ligą trzęsie Wisła, która zamiast miotać się niczym pijane dziecko we mgle, gra mądrze taktycznie i nie odpuszcza żadnej piłki. Póki co Legia dobrze godzi ligę z europejskimi pucharami, choć prawdziwym wyzwaniem dla Jana Urbana będzie rywalizacja w fazie grupowej Ligi Europy. Coraz gorzej wygląda sytuacja Zagłębia, a Arkadiusz Piech okazuje się póki co jaskółką, która jednak wiosny nie czyni.

niedziela, 15 września 2013

Czy Karma istnieje?


Mimo świadomości, że nie kto inny, a Paulo Coelho znany jest z takiej myśli, muszę to powiedzieć: niekiedy wszechświat nam sprzyja.

Pamiętam, jak na jednym z konwersatoriów z historii filozofii prowadzący podzielił się z nami czymś, co przydarzyło mu się tamtego poranka. Każdy, kto ma jakiś kontakt z dziećmi wie, że trudno uszykować się na czas, wyjść z domu o właściwej porze by zdążyć do przedszkola, pracy. Każdemu z nas zdarza się także zapomnieć o ważnym terminie. Ów prowadzący tego dnia był bardzo spóźniony i nie pamiętał o wyjściu dzieci z przedszkola. Gdy przekroczył próg budynku ze swoją córeczką, dzieci stały już ustawione w ogonku i kolejno odliczały. Mężczyzna podniósł swoją małą i ustawił ją na końcu kolejki, idealnie by mogła powiedzieć właściwą liczbę i wyjść z przedszkola razem z koleżankami i kolegami. Gdyby przybyli trzy minuty później – wystarczyłoby więc, aby sygnalizacja świetlna nie była tego dnia łaskawa – dziecko zastałoby pustą salę. Niewątpliwie tego dnia wszechświat im sprzyjał, mogli poczuć idealną synchronizację z rytmem dnia, pomimo pozornego nieogarnięcia wszystkich elementów poranka.

środa, 11 września 2013

Promocja bez ognia

Jako że pisaliśmy już o filmach, muzyce i meczach, teraz trzeba napisać o czymś innym. Padło na telefon komórkowy, który ponoć już nie jest telefonem, a smartfonem. A tak na serio to w związku z moją niedawną wizytą w jednym z salonów T-Mobile, poczułem nieodpartą potrzebę napisania o tym, co mi tam wcisnęli. Oto moja recenzja smartfonu Alcatel One Touch Fire.

wtorek, 30 lipca 2013

Powtórka z roz(g)rywki

Druga kolejka T-Mobile Ekstraklasy była bliźniaczo podobna do tej pierwszej. Zawisza znów przegrał, choć nie musiał; Zagłębie Lubin znów się skompromitowało (na szczęście nie będzie już dalej kompromitował się Hapal), a Lechowi zabrakło ambicji żeby zrobić na boisku cokolwiek. Wartością naddaną były przedniej urody gole, które w polskich realiach do codzienności nie należą. Ale zacznę od… Barcelony.

sobota, 27 lipca 2013

Recenzja książki „Strefa cienia. Trzy lata z psychopatą – historia prawdziwa”


Nie przepadam za komentowaniem autobiografii – zdarza się, że podczas oceniania tych dzieł czuję się jak zbrodniarz. W moim rozumowaniu przeważa jednak myśl, że jak ktoś już nie tylko pisze, ale i wydaje swoje słowa, to mamy prawo powiedzieć co myślimy. Nawet, jeśli opiera się książkę na faktach, to nie oceniamy człowieka, ale umiejętność posługiwania się słowem, kierowania narracją. Te wszystkie bowiem drobiazgi decydują o tym, czy coś jest dobre, czy nie. Fabuła, choćby najprawdziwsza, bez umiejętności autora ciekawa nie będzie.

wtorek, 23 lipca 2013

Mój pierwszy raz

Zakończyła się premierowa kolejka polskiej ekstraklasy. Póki co nie wiem jeszcze, czy cieszy mnie większa liczba kolejek w sezonie czy raczej martwi. Były mecze fajne i wyjątkowo nudne. Za mało było jednak dobrej piłki, ale cóż, może się jeszcze rozkręci.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Zagubiony Marco Polo

Jakiś czas temu w toruńskich autobusach wisiała reklama spaghetterii „Marco Polo”. Uwielbiamy makarony, a cena była bardzo kusząca (5,5 zł za porcję 350 gram), więc stało się wiadomym, że prędzej, czy później udamy się na Wysoką 3. Odwiedziliśmy ją późną zimą, prawie wiosną, ale plik skrył się między innymi dokumentami, a i z głowy nam wyleciał. Jednak chyba lepiej zamieścić relację z tamtego wrażenia, niż odtwarzać z pamięci fakty i zmieniać treść. Także było to tak:

niedziela, 21 lipca 2013

Prawie Vieira i prawie zwycięstwo...

Sobota wreszcie przyniosła zwycięstwo gospodarzy. A szkoda, bo liczyłem że tendencja się utrzyma i może wreszcie na wyjeździe wygra Korona (szyderczy uśmiech). Legia rzuciła rękawicę Lechowi odprawiając Widzewa 5-1, a ja mam nowego ulubionego piłkarza w polskiej ekstraklasie!

sobota, 20 lipca 2013

Co dał mi Nabokov? - recenzja „Lolity"

Przez lata nie rozumiałam, choć może bardziej adekwatne w przypadku literatury będzie stwierdzenie, że nie czułam wyrażania „klasyk”. Broniłam się przed tym pojęciem po to, aby manifestować subiektywizm czytelnika, jego indywidualne potrzeby estetyczne. Zmieniło się to, gdy przeczytałam Lolitę Vladimira Nabokova.

O powieści słyszałam wiele, zazwyczaj same ochy i achy, więc już od kilku lat była na szczycie listy książek, które przeczytać muszę. Jednak sama powieść trafiła w moje ręce dopiero, gdy kupiłam ją okazyjnie – i to i tak po to, aby przeleżeć prawie pół roku na półce, gdzieś między literaturą międzywojnia a współczesną.


piątek, 19 lipca 2013

Ekstraklasa made in Japan

Ruszyła T-Mobile Ekstraklasa. Na pierwszy ogień rzucono wygłodniałym kibicom mecz Zagłębia Lubin z Pogonią Szczecin, a wieczorem Wisła Kraków podejmowała Górnika Zabrze. Co ciekawego zobaczyliśmy w obu spotkaniach?

czwartek, 18 lipca 2013

Między Poznaniem a Łodzią, czyli futbolowe przewidywania na sezon 2013/14

19 lipca wraca rodzima piłkarska ekstraklasa. Pytania o wątpliwą jakość naszej ligi czy narzekania na słabych piłkarzy pomijam. To zwyczajnie nie ma sensu, proponuję przyjąć postawę podobną do mojej – oglądam, odczuwam jakieś tam emocje, ale wymagam tyle, na ile stać polskich grajków. Dobrą piłkę oglądam podczas transmisji z Anglii. A więc do rzeczy…

wtorek, 16 lipca 2013

Studia - komedia w trzech aktach

Od kilku miesięcy z zainteresowaniem śledzę wypowiedzi studentów, absolwentów i pracodawców. Sama od dawna miałam ochotę wyrazić swoje zdanie na temat polskiego szkolnictwa wyższego, ale z braku czasu mówiłam sobie: po sesji, po napisaniu pracy licencjackiej, po obronie. Ostatecznie okazało się, że dopiero wczoraj, gdy odebrałam dyplom, cały stres może dobiec końca. Przynajmniej na kilka dni, dopóki nie czuję na karku deadline`u rejestracji na studia drugiego stopnia – potem kolejny etap bycia członkiem tej maskarady rozpocznie się od nowa.

piątek, 17 maja 2013

I don`t speak english, wolę polisz

Tak powinien powiedzieć wokalista zespołu COMA, Piotr Rogucki po nagraniu pierwszej anglojęzycznej płyty, pt. Excess. Krążek ukazał się w 2010 roku i… tyle. Chwile dosłownie puszczali F.T.M.O. ale słuch o tym zaginął. Potem powstał „Czerwony album”, o którym więcej tutaj. Kiedy wszyscy oczekiwali nowego polskiego tytułu, COMA znów ruszyła w języki obce.


poniedziałek, 6 maja 2013

Niskie loty na Wysokiej

To był maj, pachniała toruńska Wisła… To oczywiście żart, bo Wisła nie pachnie, ale na pewno przysparza apetytu. Nie wiedzieliśmy gdzie iść, więc ruszyliśmy na gastronomiczne zagłębie, czyli ulicę Wysoką. Marco Polo będziemy omijać szerokim łukiem, o czym niebawem napiszemy. Nie chciało nam się czekać na naleśniki w Manekinie, więc zaszliśmy do pizzerii Capri. 

piątek, 3 maja 2013

Hyc, hyc - Hamlet i Szyc


No cóż, w zasadzie minął już tydzień od spektaklu Hamlet w reżyserii Macieja Englerta, który widziałam, ale muszę wrócić i napisać co nieco. Zwłaszcza, że była to moja pierwsza wizyta w Teatrze Współczesnym w Warszawie, a ja mam sklerozę i potem mogę nie pamiętać, czy mi się coś (względnie ktoś) podobało, czy nie. O.


niedziela, 7 kwietnia 2013

#7 Ból w Dubenhorn: Tajemnica


Po powrocie do chaty Vengerud musiał działać szybko. Tylko zielarka mogła mu pomóc, a on jej. Od około tygodnia nękały go koszmary, przywołujące pełną krwi i zwłok przeszłość. Nie wiedział dlaczego tak się dzieje, zwłaszcza że tyle lat było już dobrze. Nieprzespane noce i wynikające z tego faktu zmęczenie, zmusiły krasnoluda do napisania tego listu. Na szczęście nie musiał o nic błagać, miał kartę przetargową. Dobrze wiedział, kim naprawdę była Radochna. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Dobre połączenie, nie jest złe


Znawca

Jestem człowiekiem, który muzykę kocha. Nawet moje pięć przystanków autobusem, samemu, bez słuchawek to czas stracony. Tak a propos to polecam słuchanie (tylko odpowiednio głośne!) muzyki klasycznej właśnie podczas takiego wyjścia gdziekolwiek, połączone z obserwacją ludzi dookoła. Zaiste ciekawe zjawisko. Jednak wracając do meritum… Ogólnie słucham tego, co uznam za wartościowe (czyli praktycznie wszystko poza plastikowym popem, disco polo oraz większością muzyki elektronicznej). Podczas wyjść z domu towarzyszy mi odtwarzacz mp3, bo nie wiem czemu nie cierpię muzyki z telefonu. Na nim dominuje rock, fajna składanka muzyki klasycznej oraz szeroko postrzegane reggae.

piątek, 5 kwietnia 2013

TAG: Liebster Award



Jaa, jesteśmy w blogosferze! Dzięki Milena! (; A teraz wyjaśnienia. Cała zabawa polega na tym, że bloger, który został otagowany przez kogoś odpowiada na zadane przez tą osobę pytania. Później sam taguje parę blogów, które czytuje wymyślając dla nich swoje własne pytania. Taki łańcuszek - napędzający rynek, dający poznać blogerów od nieco innej strony i ot, taka dość przyjemna czynność. 


czwartek, 4 kwietnia 2013

#6 Ból w Dubenhorn: Bójka


Mężczyźni wys­zli na polanę ze związanym kras­nolu­dem. Cóż trzeba to było załatwić po męsku. Dostał w łeb za piwo. Dostał jed­nak z ukrycia, jak od jakiś tchórzy. Tak być nie może. Prze­cież każdy z nich powal­iłby kras­noluda. Dłonie jak bochny chleba, ciała jak wyrzeźbione ze skały. Pra­cow­ali wszyscy trzej w kopalni, więc oni nie dal­iby rady pokurczowi?

Ciąg dalszy na olej.tv

Pozostałe odcinki znajdziecie tutaj

grafika z foter.com

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wielkanocnie


Jednak lubię spokój. Miło jest spotkać się przy jednym stole z rodziną – zwłaszcza, jeśli na co dzień żyje się w innym mieście - ale jest to dość męczące. Człowiek przyjedzie, styrany strasznie (tak, student też może być styrany), a tu należy jeszcze uwijać się z przygotowaniem potraw i sprzątaniem. A jak już się usiądzie to trzeba znieść gwar. O dziwo głośniejsze było śniadanie wielkanocne ośmioosobowe, niż późniejsze obiadowe spotkanie ponad dwudziestu osób. Także jeszcze raz: lubię spokój.

Ale brakuje go człowiekowi nie tylko od święta, bowiem cisza nie jest jego jedynym wyznacznikiem. Jest coś takiego, jak spokój ducha, co definiuje się jako równowagę, harmonię, według niektórych także to właśnie jest szczęście. I chyba mogłabym się pod tym podpisać nogą, ręką, a jak chcecie to i rzęsami.

Dlatego w imieniu mamyalergie życzę wam w tym cholernie szybkim dwudziestopierwszowiecznym świecie właśnie p u, wewnętrznego szczęścia. Takiego nie potem, nie może kiedyś, ale w każdym tu i każdym teraz.

P.S. Życzymy także powodzenia z teoriami Ingardena i może jeszcze paru groszy na dodatkową kawę wszystkim naszym filologom. (; 

*Kartka od sześcioletniej Natalki W.

sobota, 30 marca 2013

#5 Ból w Dubenhorn: Oczekiwanie


Gdy tylko Vengerud wyszedł, Radochna zrzuciła fartuch i wyszła z karczmy. Miała parę własnych spraw do załatwienia. Szybciej, szybciej, muszę zdążyć... Psia mać! Nic nie muszę, nie wiem, o co chce prosić, ale czuję, że muszę być… pociągająca. Tak!  tak robią wielkie damy, aby postawić na swoim. Dobiegła do domu – był niewielki, ale solidny i drewniany, jeszcze po pradziadku. Teraz nie miała już rodziny w okolicy oprócz dalekiego kuzynowska, z którym nie chciała mieć za wiele wspólnego. Umyła się w zimnej wodzie, rozpuściła długie, kruczoczarne włosy i odgrzebała zieloną sukienkę z haftami. Było na tyle ciepło, że zrezygnowała z palenia w piecu. Nastawiła tylko ogień w palenisku – tak na wszelki wypadek, a nóż gość będzie chciał napić się ziółek. O ile przyjdzie. Nie znała go. Tylko ten list, który dostała przed tygodniem… Usiadła na krześle. Po chwili wstała i stanęła naprzeciwko drzwi. I tu nie wytrzymała długo. Podeszła do komódki, wtarła w dłonie krem z polnego skrzypu, nałożyła wisiorek. Usiadła na stole, aby móc machać nogami, bo wtedy szybciej czas leci. I w tej samej chwili usłyszała kroki...

piątek, 29 marca 2013

#4 Ból w Dubenhorn: Skażenie



Trzech mężczyzn sto­ją­cych nad kras­nolu­dem. Chyba mężczyzn. W każdym razie istot, humanoidal­nych, postawnych. Świet­nie! Ciekawe ilu ich mieszka w tej wiosce. Muszę się jeszcze trochę dowiedzieć, teraz tylko dam zaczątek. Szlag, trudno wpływa się na świat z nie-miejsca!



Reszta na olej.tv Zapraszamy do lektury

Pozostałe części znajdziecie tutaj: #3  #2  #1


grafika z foter.com

niedziela, 24 marca 2013

In Arsene we trust(ed)


Czas na drugą część moich piłkarskich wywodów. Po analizie Realu, na tapetę biorę Arsenal Londyn. O drużynie z Emirates Stadium pisze mi się trudno. Od ponad dekady staram się obejrzeć każdy mecz Kanonierów we wszystkich możliwych rozgrywkach i bólem serca patrzę na kolejne porażki ukochanego teamu.

O słabych wynikach w ostatnich już prawie ośmiu latach napisano praktycznie wszystko. Że trener wypalony, że piłkarze masowo uciekają do Barcelony albo Manchesteru City, że dusigrosze, itd., itp. Tym bardziej zdziwiła mnie własna refleksja, że właściwie Real i Arsenal niewiele się od siebie różnią. A jednak na niwie sportowej tak wiele ich dzieli. Dlaczego? Bo diabeł tkwi w szczegółach…

Trener

Zacznę od ławki trenerskiej. Zarówno w Madrycie jak i w Londynie, trener (menadżer) jest postacią pierwszoplanową, której podskoczyć boi się nawet zarząd. O Mourinho pisałem w poprzednim wpisie, facet jest dla mnie trenerskim geniuszem. Przyszedł z zadaniem zdetronizowania Barcelony i tej sztuki dokonał. W tym sezonie (zwłaszcza po dwumeczu z ManU i wylosowaniu w ćwierćfinale tureckiej Galaty) jest murowanym faworytem w wyścigu po triumf w Lidze Mistrzów. Jeśli chce pozyskać jakiegoś piłkarza, wywiera taką presję na zarządzie, że wkrótce ów zawodnik zjawia się na treningu Los Blancos. The Special One wie, jak wykorzystać swoją pozycję w klubie i robi to z pełnym wyrachowaniem. Wszyscy łapali się za głowę, kiedy posadził na ławce Casillasa i kupił Diego Lopeza. Teraz mówi się, że Iker nie ma po co wracać – tak dobrze gra jego zastępca/następca.

Na pierwszy rzut oka podobnie jest w Arsenalu. Pracujący nieprzerwanie od 1996 Arsene Wenger jest nietykalny. Może ściągnąć kogo chce, wystawić kogo chce, a kibice wywieszą na trybunie napis IN ARSENE WE TRUST. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że francuski Boss (jak nazywają go piłkarze) pogubił się. Po erze wielkiego Arsenalu, który skończył sezon bez porażki, nastały ciężkie czasy. Początkowo mimo braku wyników, Kanonierzy byli chwaleni za piękny styl, jakże różny od siermiężnego brytyjskiego futbolu. Jednakże dziś i ta zaleta odeszła w niepamięć.

Jose Mourinho, jak każdemu człowiekowi na ziemi, przytrafiają się wpadki. Czasami błądzi z ustawieniem bądź doborem personalnym. Jednakże Portugalczyk potrafi wyciągnąć z błędów wnioski, które potem procentują. Inaczej opiekun Arsenalu, który nieustannie brnie w bliżej nieokreślonym kierunku. Błędny schemat budowania drużyny sprawił, że Francuz zmierza wraz z całym klubem ku przeciętności.

Transfery

Podobnie jest z transferami. Zarówno Mou jak i Wenger mogą pozwolić sobie na kupowanie drogich zawodników. Były szkoleniowiec Porto, Chelsea oraz Interu to wykorzystuje i właśnie pozyskany za 40 mln Modrić strzelił gola na wagę awansu z Manchesterem w LM. Natomiast ekonomiczne wykształcenie Wengera nie pozwala, jak to czyni jego portugalski kolega po fachu, kupować bez liku kolejnych zawodników. On analizuje, obserwuje, a gdy decyduje się na zakup, przegrywa licytację z hojniejszą Chelsea czy zespołami z Manchesteru. A wystarczy tylko na chwilę zerknąć na grę Arsenalu, by zobaczyć ile daje swojej drużynie Santi Cazorla, kupiony za rekordowe dla Kanonierów 18 mln. Jak widać nie ważne jaką pozycję w klubie ma trener – istotne jest, jak ją wykorzysta.

Skład

Teraz zawodnicy. Wenger i spółka chcą stworzyć drużynę grającą pięknie dla oka, która będzie nie tylko zwyciężać, ale i zachwycać. Stąd transfery piłkarzy wyśmienitych technicznie. Efekt jest taki, że tego typu zawodnicy nie radzą sobie z twardo grającymi ekipami Premier League. Bardziej pasowaliby do… Realu. Jednak Jose Mourinho zdaje sobie sprawę, że cały światowy sport to nieustanny rozwój fizyczności, przełamywanie kolejnych barier wytrzymałości. Dlatego w składzie Królewskich oprócz filigranowego Angela di Marii, znajdziemy także silnego jak tur Michaela Essiena czy czyszczącego środek pola Xabiego Alonso. Tymczasem Francuz miał w swojej jedenastce tylko jednego walczaka – Alexa Songa, którego jednak sprzedał na poniewierkę w Katalonii. Teraz nie ma nikogo, kto zadbałby o komfort piłkarzy ofensywnych. I wszystko zaczyna się sypać. Oba kluby stać (Real odzyska pieniądze na koszulkach, a Arsenal zarabia krocie na najdroższych w Anglii biletach i sprzedaży ziemi po Highbury), ale w Madrycie są one czynione mądrze – w Londynie, niekoniecznie.

Sukcesy

Na koniec trofea. Real zdobył w ubiegłym roku mistrzostwo Hiszpanii, ale poza tym gablota z pucharami nie rozrasta się w jakimś zawrotnym tempie. O Arsenalu szkoda nawet gadać (prawie 8 lat bez wygranego mistrzostwa/pucharu). Jednak znów, jeśli pochylić się bliżej, zobaczymy jak inaczej wygląda posucha w obu stołecznych klubach. Los Blancos mają jednego wroga – Barcelonę. Koszmar, który jednak ostatnio przestaje być taki straszny. Widać progres, który może doprowadzić do zmiany hierarchii na półwyspie Iberyjskim. Do tego zawsze są blisko triumfu w Lidze Mistrzów. Królewscy są typem drużyny, która nie wygrywa wiele, ale nigdy nie można mieć do niej zastrzeżeń o brak zaangażowania. Oczywiście trzeba też uwzględnić krajową konkurencję. Real walczy w lidze i Copa del Rey z Barcą i osiemnastoma bankrutami, natomiast w Anglii są Man Utd, Man City, Chelsea, Liverpool, Tottenham, a reszta także nie należy do najsłabszych. Mimo wszystko Arsenal ma większe pole do popisu, choćby w Pucharze Ligi (pamiętny finał przegrany z Birmingham, które w tym samym sezonie spadło z Premier League – takie było mocne…).

Podsumowując, oba kluby są bogate, za sterami stoją charyzmatyczni trenerzy, a mimo wszystko nie zwyciężają. Jednak Real Madryt powoli wdrapuje się na szczyt, a Arsenal Londyn spada z niego na łeb, na szyję.

Pierwszą część tego wpisu możecie przeczytać tutaj

grafika z foter.com

sobota, 23 marca 2013

#3 Ból w Dubenhorn: Za wszystko trzeba płacić


Dubenhorn... Radochna skrzywiła się i splunęła w stronę szczura, przebiegającego przez kuchnię. Mężczyźni narzekają na brak roboty, ale na wojnę iść nie chcieli. Nawet ten dziwny krasnolud nie ma zajęcia. Kiedyś chociaż stary czarodziej się kręcił po karczmie i rozbawiał ludzi. Pokroiła zająca i wróciła na salę. Usiadła przy Vengerudzie i spojrzała na niego pytająco.

Zmęczony obecnością wśród tylu osób krasnolud jednym haustem dopił piwo i wstał. Jako że nie miał czym za nie zapłacić, najzwyczajniej wstał i ruszył w kierunku wyjścia. Całe zajście zauważył pilnie obserwujący gości właściciel karczmy, rosły facet bez jednego oka. W okolicy śmiano się, że mimo kalectwa widzi wszystko, co dzieje się w jego chacie. Spojrzał znacząco na Radochnę. Ta krzyknęła do krasnoluda:

- Pijesz, to płać! - W tej samej chwili zrobiło się wyjątkowo ciemno, zgasł kominek, a kilka osób opuściło swoje kufle. Z łoskotem potłukły się. Radochna zamarła na chwilę, ale zamiast zastanowić się nad sytuacją myślała o robocie. - No co? Idź do kuchni gary myć, jak nie masz czym zapłacić, a ja muszę posprzątać tutaj. – rzuciła w kierunku Vengeruda ścierkę.
- Chyba się z ogrem na rozum zamieniłaś! – Prawie krzyknął niewypłacalny gość, po czym szybko ruszył ku drzwiom. Gdy miał już wyjść, na jego drodze stanął właściciel. Różnica wzrostu między nimi wynosiła przynajmniej półtora metra.
- Ja się o to piwo nie prosiłem, ale jak dali to co miałem nie wypić – wymijająco powiedział krasnolud.
- Zapłać! – karczmarz utkwił w Vengerudzie swoje zdrowe oko.
- Zejdź mi z drogi, mam was wszystkich powyżej brody. – Powoli, acz zdecydowanie odsunął właściciela i wyszedł z karczmy. Na odchodne usłyszał jeszcze groźby pod swoim adresem, ale nie miały one już dla niego żadnego znaczenia. Myśląc tylko o tym, jak najszybciej znaleźć się w swojej izbie kroczył znajomą ścieżką. Nagle promieniujący ból przeszył jego głowę, od tyłu aż po samo czoło. Jedyne, co poczuł jeszcze przed utratą świadomości było błoto, w które wpadło jego bezwładne ciało.

Poprzednie części znajdziesz tutaj: #1 #2
grafika z foter.com

piątek, 22 marca 2013

O wolności słowa


Najpierw było strasznie, potem śmiesznie, teraz jest już dziwnie. Już trochę czasu minęło, od kiedy pierwszy raz przeczytałem artykuł, w którym posłowie PiS oburzyli się monologiem Abelarda Gizy w TVP. Po lekturze newsa, odpaliłem czym prędzej YT w celu znalezienia ów kontrowersyjnych treści. Jednak kolejne filmiki były wycofane ze strony, bo niby prawa autorskie. Na szczęście z internautami nikt nie wygra i na bieżąco pojawiały się nowe wersje.

czwartek, 21 marca 2013

Recenzja „Pokłosia”


Jeśli ktoś czyta(ł) tego bloga, to widział, że oglądałem jeden z dwóch kontrowersyjnych polskich filmów ostatnich miesięcy, czyli „Obławę”. Nie okazała się ona tak straszna, jak ją malowali. Teraz przyszedł czas na „Pokłosie”…

Zaczyna się niemrawo. Koleś (Ireneusz Czop) wraca ze Stanów, jedzie na wieś do brata (Maciej Stuhr), którego zostawiła żona. Od początku da się wyczuć jakąś taką niespotykaną w polskich produkcjach aurę tajemniczości (nieporównywalnie większą niż np. w „Domu Złym”). Naprawdę byłem pod wrażeniem. Niby nic, jest miasteczko polskie, z tradycyjnymi chłopami na ławeczce, słoneczko świeci. Ale w tym sielskim obrazie coś nie gra. Widz oczekuje czegoś wielkiego, elektryzującego. A tu Stuhr zbiera sobie nagrobki żydowskie na polu, a ludzie są na niego cięci, bo z tego powodu zniszczył jedną z gminnych dróg. Banalne wyjaśnienie, gdzie tutaj szok? Jednak owa zniszczona droga okazuje się tylko czubkiem prawdziwej góry lodowej. „Obława” chciała obalić mity II wojny światowej, ukazując niegrzecznych Polaków. No to w „Pokłosiu” mamy bardzo niegrzecznych Polaków w czasach okupacji.

Jak gdzieś przeczytałem, „Pokłosie” tkwi w klimacie kryminału. Tu się zgodzę, bo przybyły ze Stanów bohater kawałek po kawałku dochodzi do strasznej prawdy. Jednak w zwykłych kryminałach poznajemy zabójcę i koniec. Mówimy sobie – aha, to jednak ten/ta, nie spodziewałem się. W „Pokłosiu” jest inaczej. Prawda, której dowiadujemy się pod koniec uderza niesamowicie. Może nie jestem jakiś wybitnym kinomaniakiem, ale nie potrafię też zliczyć, ile filmów nakręconych w podobny sposób widziałem. A jednak obraz Władysława Pasikowskiego wywarł na mnie największe wrażenie.

Jeszcze jeden aspekt. Mam taką niepisaną zasadę, że o ile chętnie sięgam po zwiastuny, o tyle rzadko kiedy poznaję przed obejrzeniem wszystkie okoliczności filmu. W zdecydowanej większości przypadków działa to na moją korzyść, gdyż jeśli mam do czynienia z ekranizacją autentycznych wydarzeń, nie nastawiam się jakoś na to, co naprawdę się stało. Tak też było i tym razem. Historia opowiedziana w „Pokłosiu” miała (niestety) miejsce w przeszłości. Mimo, iż akcja dzieje się w niedawnej teraźniejszości, kluczem do całej fabuły są wydarzenia z 1941, jakie miały miejsce w miejscowości Jedwabne. Dla tych, którzy uważali na historii wszystko będzie jasne, ale jeśli kogoś nie było akurat na tej lekcji, nie będę wyjaśniał, a wybór czy znać historię przed obejrzeniem filmu czy nie, pozostawiam wam. Ja skojarzyłem fakty dopiero pod koniec, zwłaszcza, że kilka rzeczy jest albo zmarginalizowanych albo wyolbrzymionych.

Tytułem podsumowania słówko, które może powiedzieć nieco więcej o „Pokłosiu” tym, którzy go nie widzieli. Pasikowski znany jest głównie jako twórca „Psów”. Myślałem, że po latach złagodniał, stworzył film o tle historycznym. Teraz biję się w pierś i czekam, jak za kilka lat będzie oceniane jego obecne dzieło. Bo w tej chwili „Psy” wygrywają dla mnie tylko tym, że tak bardzo wrosły się w polską kulturę. Jednak z punktu widzenia emocji – „Pokłosie” demoluje Lindę i spółkę.

A już na sam koniec malutkie skazy, których gdybym nie wytknął, nie byłbym prawdziwym Polakiem. No bo niby rozumiem, że to nie jest film oparty na faktach, a jedynie pomysł zaczerpnięty z historii. Niemniej jednak realizatorzy mogliby wykazać się większą dokładnością, jeśli chodzi o pewne szczegóły czy w ogóle fakty historyczne. Po drugie, wiadomo że tego typu film musi mieć pozytywnego bohatera – ale dlaczego to zawsze musi być ksiądz?! Jeszcze dostaje zawału pod koniec, więc nie może uchronić bohaterów przed klęską. Zdecydowanie zbyt oklepany motyw. Ale to już wszystko, reszta naprawdę dobra i poruszająca.

grafika z: link

środa, 20 marca 2013

#2 Ból w Dubenhorn: Znalazłem zemste

Tak jak zapowiadaliśmy, druga część opowiadania już do przeczytania na olej.tv !


Przypominamy, że olej.tv pisze swoją część opowiadania w środy,  my w soboty. Tworzą jedną całość, choć nigdy nie wiadomo, co jedna strona napisze, by druga musiała się z tym zmierzyć w swojej części. Jak to nasz współtwórca u siebie ładnie wytłumaczył:
"Opowiadanie X wys­tępuje w opowiada­niu Y jako ele­ment świata przed­staw­ionego. Nato­mi­ast opowiadanie Y jest his­torią, echem tła w opowiada­niu X."

Ból w Dubenhorn: #1, #2

poniedziałek, 18 marca 2013

Guzik Mou



Jako oddany kibic Arsenalu Londyn nie byłbym sobą, gdybym pierwszego poważnego tekstu o tematyce piłkarskiej nie poświęcił właśnie tej drużynie. Jednak okazało się, że ostatnio większe emocje wzbudził we mnie inny zespół. Chodzi o znany nawet największym futbolowym laikom Real Madryt. Co ciekawe, znalazłem kilka (w moim mniemaniu) ciekawych analogii między tymi, na pierwszy rzut oka, zupełnie różnymi klubami. Z racji długości moich rozważań, podzielę ten tekst na dwie części.

Zacznę od Królewskich, którzy są dla mnie od pewnego czasu największą piłkarską zagadką świata. Za każdym razem, kiedy oglądam mecz z udziałem tej drużyny nie wiem czego się spodziewać. Status wielkiej zagadki madrycki klub uzyskał od momentu kiedy stery objął Jose Mourinho, który jak wszędzie indziej, zaczął układać wszystkie klocki po swojemu.

Najnowsza historia Realu rysuje się tak, że jest to albo zespół czarujący albo cuchnący. Dziś, podobnie jak w sezonie 2001/02, oglądamy wielkich Los Galacticos, jednak jest to obraz dość specyficzny, bowiem Real galaktyczny bywa. Gra tego klubu wygląda tak, jakby portugalski trener miał, niczym w sportowym aucie, guzik, którym zmienia tryb ze zwykłego na magiczny. Za przykład niech posłużą ostatni mecz w Lidze Mistrzów z Manchesterem United oraz sobotnia potyczka ligowa z Mallorcą. Sytuacja w Champions League była trudna. Czerwone Diabły wywiozły cenny remis z Santiago Bernabeu i wystarczyło uszczelnić defensywę w rewanżu, by nie stracić gola i awansować. Po pierwszej połowie na Old Trafford wszystko przebiegało po myśli ManU. Na dodatek goście nie zachwycali, chociaż widać było, że bardzo im zależy. Na początku drugiej połowy sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdyż po jednej z kontr Manchester zmusił do błędu Sergio Ramosa i zrobiło się 1-0. Huk bombki strzelił – pomyślałem sobie i czekałem tylko, aż Ferguson udławi się swoją gumą z radości po końcowym gwizdku. Jednak w tym momencie z pomocą Hiszpanom przyszedł guzik Mourinho (jakkolwiek to nie brzmi…). Do wpuszczonego wcześniej na boisko Kaki dołączył Luka Modrić i się zaczęło. Po kilku pełnych polotu, huraganowych atakach rezerwowy Chorwat strzela na 1-1. Trzy minuty później podwyższa Cristiano Ronaldo. I po sprawie. The Special One znów zmienia tryb wpuszczając na murawę Pepe i dowozi zwycięskie 2-1.

Dla mnie jako kibica to, jak Portugalczyk steruje swoją drużyną jest absolutnym mistrzostwem. Wystarczy jedno jego słowo (bo przecież w przerwie jeszcze nic nie zmieniał), a Los Blancos zmienili swoje oblicze nie do poznania. Analogiczną sytuację zaobserwowałem w sobotę, kiedy Real podejmował u siebie Mallorcę. Widać było gołym okiem, że nieco zmęczeni rywalizacją z Manchesterem piłkarze, chcą jak najmniejszym wysiłkiem zdobyć trzy punkty. Goście to wykorzystali i dwukrotnie zdołali objąć w tym spotkaniu prowadzenie. Tym razem zmiana oblicza zespołu ze stolicy Hiszpanii nastąpiła w przerwie. Mourinho zdjął obrońcę i bezproduktywnego wychowanka wpuszczając w ich miejsce graczy stricte ofensywnych (dla niewtajemniczonych dodam tylko, że dwie zmiany w przerwie to już niecodzienność, a co dopiero takie). Oglądając te zawody odniosłem wrażenie, że madrycki trener chce dać przyjezdnym lekcję pokory, skarcić ich jak niegrzeczne dziecko, które za dużo pyskuje. W odróżnieniu do meczu z United, w komfortowej sytuacji Mourinho nie kazał piłkarzom odpocząć, dograć do końca z wygodną przewagą. Nic z tych rzeczy. Piąty gol dla Realu padł w doliczonym czasie gry, tak na dobicie. Szczerze mówiąc, mimo że nigdy nie pałałem nadmierną sympatią do Królewskich, tym razem mogłem się delektować widząc zarówno piękną grę jak i wolę już nie tylko zwycięstwa, lecz zdemolowania rywala.

I właśnie to jest dla mnie ów zagadkowy fenomen Realu, który sprawia, że autentycznie się tej drużyny boję. Bo sprawia wrażenie takiej, która jeśli tylko chce, zmiecie w proch i pył każdego przeciwnika. Wystarczy, że Mourinho wciśnie odpowiedni guzik. Ktoś pewnie zapyta – no tak, ale skoro potrafią tak grać, to czemu nie robią tego cały czas w każdym meczu? Odpowiedź jest banalna, wystarczy wspomniane na początku błyskotliwe porównanie autora Realu do sportowego auta. Ferrari też można przełączyć na tryb sportowy, ale na dłuższą metę taka jazda spowoduje awarię przeciążonego silnika. Analogicznie jest z Królewskimi. Być może właśnie szafowanie siłami zawodników jest głównym obecnie zadaniem ich trenera. Jeśli rozegra to dobrze, 25 maja b.r. wzniesie w górę puchar Ligi Mistrzów.

grafika z foter.com

niedziela, 17 marca 2013

Recenzja filmu „Kobieta w czerni"



Plakat z Radcliffem rodem jak z serii o Harrym Potterze. Nawet tło wydaje się być przesiąknięte złą mocą Voldemorda, grozą dementorów i całą magią Hogwardu. Nic więc dziwnego, że do Kobiety w czerni podeszłam z dużą rezerwą, choć i zaciekawieniem co do gry aktorskiej odtwórcy roli Harry`ego Pottera. Czy było warto?

sobota, 16 marca 2013

Mamy alergie pisze fantasy


A teraz będzie bajka! Ściśle rzecz ujmując zaczęliśmy współtworzyć opowiadanie  fantastyczne. Reguły są proste – od dziś w każdą sobotę pojawiać się będą na naszym blogu fragmenty opowieści, powiązane z powstającymi w środę fragmentami Jacka. Jego odcinki możecie śledzić na olej.tv. Zapraszamy do lektury wszystkich fanów fantasy i nie tylko.  Zanim zaczniecie hejtować – dajcie nam się rozkręcić. : D

#1 Ból w Dubenhorn: Intro

Tego wieczoru w karczmie nie było zbyt wielu gości. Radochna ze znudzeniem wycierała i tak już czyste kufle ścierką. Wraz z nadejściem wiosny ciężko było dotrzeć do Dubenhornu. Wędrowcy z północy musieli zmagać się z roztopami na równinach, a zawsze ciężkie do przebycia pasma gór na południu były pokryte jeszcze śniegiem. Mieszkańcy zaś, po okresie zimowej wegetacji, wznowili pracę na surowym terenie. Kto najszybciej zbierze surowce, uchroni swoje poletko przed wodą, znajdzie kawałek trawy do wypasu zwierząt.

Barmanka odłożyła kufel pod ladę. Zbliżała się pora wieczerzy, więc powinni zjawić się stali bywalcy. Wśród nich był Vengerud, około trzystuletni krasnolud, który od 3 lat zaopatrywał Dubenhorn w drewno. W osadzie pojawił się niewiadomo skąd. Mieszkał z dala od ludzi, w chacie, którą sam z mozołem zbudował. Stronił od kontaktów z mieszkańcami. Ograniczały się one do interesów i wizyt w karczmie, gdzie tego dnia zjawił się jak zwykle, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi. Właściciel uśmiechnął się pod nosem na jego widok, ponieważ Vengerud słynął z wilczego apetytu. Często w połowie codziennej uczty musiał luzować swój wielki pas, dając sobie więcej miejsca na jagnięcinę i piwo.

Radochna od razu nalała mu trunku, w końcu co wieczór zamawiał to samo. Nie pałała do krasnoluda wielką sympatią, ale znajomość z nim była dla niej korzystna. Gdy miała wolną chwilę chodziła do lasu i szukała roślin, choć nie była zbyt dobrą zielarką. Starała się, lecz tylko dzięki pieczy Vengeruda nad jej zbiorami nie było ofiar śmiertelnych. Widywali się więc dość często – wieczorami w karczmie, za dnia w lesie.

- Dziękuję, ale dziś nie przyszedłem tu, żeby jeść – powiedział powoli ochrypłym głosem krasnolud.
- Nie? Na świętego Cuthberta, co się stało?! – prawie wykrzyczała Radochna. Widać było, że się zmartwiła. Wiedziała, że tylko coś bardzo poważnego może odciągnąć gościa od jedzenia.
- Spokojnie kobieto. – odparł szorstko Vengerud, wyraźnie zażenowany zachowaniem barmanki. – Skończyła się zima, nikt w Duberhorn nie potrzebuje już tyle drewna. Chciałem spytać, czy wiesz, gdzie można by jaką robotę załapać?
- Mnie pytasz? Też codziennie tu przesiadujesz. Porozmawiałbyś z innymi to może byś się czegoś dowiedział, a nie tak wiecznie sam. Nie tylko o drewnie można rozmawiać! Podać piwa, czy nie? – zezłościła się.
- A trącił cię trol babo! – wstał, obrócił się na pięcie i ruszył ku wyjściu.
- Głupi! Widzisz, że goście się zbierają to i byś może się dowiedział o jakiejś robocie. Sam wiesz, że teraz silne chłopy są potrzebni. Siadaj i pij! – postawiła kufel na ladzie przy barze i weszła do pomieszczenia obok, które było kuchnią.

Vengerud niczym posłuszne dziecko przycupnął przy barze i zamoczył gęste wąsy w piwnej pianie. Długo rozglądał się za potencjalnym pracodawcą, albo chociaż kimś, kto zapłaciłby za ów złocisty trunek. Dla krasnoluda nadeszły ciężkie czasy. 

piątek, 15 marca 2013

Pierogarnia Stary Młyn


Właśnie wróciliśmy z kolacji w pierogarni Stary Młyn w Toruniu. Co tu dużo mówić. Jest to lokal powszechnie znany, który już swoje pozytywne recenzje w Internecie zebrał. Niemniej jednak przy okazji cyklu Lokalizator powiemy kilka słów od siebie.



czwartek, 14 marca 2013

„Szeroka No. 9"


Dziś rozpoczynamy dział Lokalizator. Czyli chodząc sobie po świecie, a najczęściej po Toruniu, będziemy oceniać i komentować różne kawiarnie i inne lokale. Ja jestem inicjatorką i głównym kawoszem, a Daniel chodzi za mną, je i płaci :). 
__________________________________________________

wtorek, 12 marca 2013

Rozwiane ob(ł)awy


Obejrzałem „Obławę”! Ku mojemu zaskoczeniu film ten wyszedł bardzo szybko na DVD, dzięki czemu nie zdążyłem o nim zapomnieć i obejrzałem. Wiele się nasłuchałem o tym obrazie, jaki to kontrowersyjny, pełen szokujących treści. I tu pojawia się mój pierwszy problem. W zapowiedziach czytałem, że „Obława” obala polskie mity dotyczące wojny, deheroizuje utarte wizje walczących do ostatniej krwi Polaków. Tyle, że aby zobaczyć obalone mity najpierw trzeba w nie wierzyć. Ja niestety do tej grupy społecznej się nie zaliczam. Jestem tylko człowiekiem i rozumiem, iż w sytuacjach ekstremalnych (a za takie uważam wojnę) ludzie będą robić wszystko, aby przeżyć. Sposoby schodzą tutaj na dalszy plan. Dlatego było dla mnie oczywiste, że w czasie niemieckiej inwazji nie wszyscy łapali na broń i biegli na pierwszą linię frontu. To, że dotychczas oglądaliśmy tylko bajki w stylu „Bitwy warszawskiej” gdzie drobne panie łapią za CKM, a ramię w ramię z żołnierzami, z krzyżem w dłoni pędzi ksiądz, jest tylko naszym narodowym zboczeniem. „Obława” jest kolejnym filmem o II wojnie światowej, z którego jednak wyjęto martyrologię i mesjanizm.

Cała historia przedstawiona w tym filmie jest w zasadzie banalna. Grupa żołnierzy, zepchnięta przez wroga do podziemia, gnieździ się w spartańskich warunkach w lesie i działa na zasadach partyzanckich. Mają swojego hitmana (Marcin Dorociński), który likwiduje złych Niemców i polskich zdrajców. Wśród grupy walecznych mężów krząta się Pestka (Weronika Rossati), ni to pielęgniarka ni to praczka. Dziewczyna traci wiarę w sukces Polaków, wybiera kolaborację. W kontaktach z Niemcami pomaga jej etatowy konfident Hitlerowców – Henryk Kolendowicz (Maciej Sthur).

Żeby nie znudzić widza, cała fabuła została mocno udziwniona dwoma czynnikami. Po pierwsze – chronologia. Liczne retrospekcje są jedynym źródłem jakiegokolwiek napięcia, czym przy okazji nieco utrudniają odbiór filmu. Po drugie – związek przyczynowo-skutkowy. Oglądałem ten film dość późnym wieczorem lecz uważnie, jednak mimo wszystko w pewnym momencie nie wiedziałem już, od kogo się to wszystko zaczęło. Żona Kolendowicza (Sonia Bohosiewicz) chce pozbyć się niekochanego męża. Jej ojciec donosi na zięcia polskim żołnierzom. Zabójca Dorociński wyrusza po Kolendowicza, by zastrzelić go w lesie. Dowiadujemy się także, że kaprala Wydrę i Kolendowiczową łączy wspólna przeszłość. Drugi ciąg to historia Pestki. Przychodzi do Kolendowicza, razem spotykają się z Niemcami. W konsekwencji spotkania dochodzi do rzezi w obozie partyzantów. Niby nic takiego ale zagmatwane, prawda?

Wreszcie gra aktorska. Wszystko kręci się wokół czworga bohaterów (Sthur, Dorociński, Rossati, Bohosiewicz). Najprostsze zadania miała odtwórczyni roli Pestki. Cicha, cnotliwa, pełna pokory i skruchy. Brakuje wewnętrznej walki, rozdarcia między własnymi interesami, a wiarą w rodaków. Po tej hollywoodzkiej gwieździe spodziewałem się więcej. Odrobinę emocji widać w grze Sonii Bohosiewicz. Mimo, że jej miłość do męża, o ile w ogóle była, wygasła, możemy zaobserwować jej rozterki, wahania. Szczerze mówiąc, najbardziej w „Obławie” podobał mi się Dorociński. Bardzo dobrze oddał psychikę wysoce indywidualnej postaci jaką grał. Po serii filmów gdzie występuje jako melancholijny, zagubiony romantyk (swoją drogą widziałem ostatnio zwiastun filmu „Miłość” gdzie wraca do tego typu bohatera; panie Marcinie, why?), w tym filmie jawi się jako bezwzględny killer, który przed wykonaniem wyroku potrafi gawędzić z ofiarą o piłce nożnej (świetna scena!). Grając kaprala Wydrę według mnie pokazał, że to czołowy polski aktor pokolenia w wieku około lat 30. A co pokazał Sthur? Oddał charakter swojej postaci dobrze, solidnie, pokazał wszystko co miał pokazać jako Henryk Kolendowicz. I pewnie uznałbym, że to kolejna jego dobra rola, gdyby nie fakt, że zagrał w tym filmie z Dorocińskim, który go przyćmił. Na koniec mały kamyczek do ogródka „Obławy”. Postać Kolendowicza: kolaboranta, materialisty i egoisty została ukazana źle. Widać,  że chciano stworzyć bohatera pełnego wewnętrznych sprzeczności, który współpracować z Niemcami musi, żeby przetrwać. Jednak w „Obławie” widzę tylko typowy czarny charakter, który dzięki donosom żyje w przepychu i instrumentalnie traktuje żonę. Kiedy już zdążymy go znielubić pojawia się jego ludzka twarz. Nie wykorzystuje Pestki, a przed śmiercią pokazuje, że tak naprawdę kocha żonę i prosi swojego oprawcę o opiekę nad nią. Zwłaszcza ten ostatni gest sprawił, że ręce mi opadły.

Podsumowując, jeśli znacie historię „Obława” nie będzie dla was szokiem. Może za to być jednym z pierwszych REALISTYCZNYCH polskich filmów o tematyce wojennej. Wszystko to dźwiga na swoich plecach Dorociński, który intryguje i ciekawi. Dlatego warto obejrzeć ten obraz, choćby ze względu na niego.


grafika z: link

sobota, 9 marca 2013

Recenzja filmu „Poradnik pozytywnego myślenia”


„Poradnik pozytywnego myślenia” to adaptacja książki Matthew Quicka o tym samym tytule (książki nie znam, więc odniesienia do wersji papierowej pominę). Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny jest David O. Russell (za jedno i drugie nominowany do Oscara). Film w Polsce pojawił się 8 lutego 2013 i dziś już powoli kurczy się ilość seansów w multipleksach.

Na wstępie muszę podkreślić, że zasiadając w kinowym fotelu dokładnie miesiąc po krajowej premierze nie wiedziałem zupełnie, że zaraz obejrzę coś, co ma na koncie tegorocznego Oscara (najlepsza aktorka pierwszoplanowa – Jennifer Lawrence), a w siedmiu innych kategoriach był nominowany. Jakoś mi to umknęło, a film wybrałem na podstawie napotkanego wcześniej zwiastuna i sympatii do Bradleya Coopera („Kac Vegas”, „Jestem Bogiem”, „Drużyna A”), który wcielił się w rolę głównego bohatera.

Film jest komedią romantyczną, gdzie wspólnym mianownikiem dla pary są problemy natury psychicznej, a pierwszym tematem rozmowy stają się środki psychotropowe przez nich zażywane. Fabuła opiera się na postaci Pata, który wraca do rodzinnego domu po leczeniu w zakładzie psychiatrycznym. Jego głównym celem staje się odzyskanie zaufania żony. Początkowo gdzieś na boku pojawia się Tiffany, która po śmierci męża pozostaje mocno „rozchwiana” emocjonalnie. Losy tej dwójki raczej nie przyprawiają o dreszcze. Można rzec, że w tej kwestii film kurczowo trzyma się schematu tradycyjnej komedii romantycznej.

W tle pojawia się jeszcze relacja Pata z ojcem (w tej roli Robert De Niro, dla którego nominacja dla najlepszego aktora drugoplanowego jest akurat, bo wybitny nie był, ale na pewno lepszy niż np. w „Poznaj moich rodziców”), po którym główny bohater odziedziczył gorącą głowę. W mojej opinii, ciekawsza od losów głównych bohaterów jest sytuacja jego rodziców. Pat senior z obsesją na punkcie futbolu amerykańskiego i nerwicą natręctw rysuje się bardzo interesująco. Do tego uzależnienie od hazardu, które doprowadza do postawienia wszystkich pieniędzy jakie ma na wynik meczu. W cieniu męża jest Dolores (Jacki Weaver), która nawet nie próbuje zatrzymać jego szaleństw. Cechuje ją za to nieustanne wsparcie zarówno dla niego jak i syna-wariata.

Uważam, iż dobrze się stało, że przystępując do oglądania „Poradnika” nie wiedziałem o wyróżnieniu dla odtwórczyni roli Tiffany. Teraz, z pewnym dystansem, mogę zastanowić się, czy Jennifer Lawrence rzeczywiście była tak dobra,  aby odebrać statuetkę złotego człowieczka. Na pewno była lepszym „czubkiem” niż Cooper (co stwierdzam z nieukrywanym żalem, bo po panu Bradleyu spodziewałem się więcej). Jej wiarygodna gra sprawiała, że w każdej sytuacji, w której się znajdowała, stawałem po jej stronie. Myślę, że lepiej też oddała metamorfozę jaką jest wyleczenie się z mentalnych problemów poprzez rodzące się uczucie. Podsumowując – tak, to może być rola oscarowa. Jak się okazało, była.

Innym aspektem, który przykuł moją uwagę, są bohaterowie dalszego planu. Mam wrażenie, że wszyscy, począwszy od przyjaciół Pata po jego psychiatrę, są w tym filmie tylko po to, żeby powiedzieć/zrobić coś śmiesznego. Niby nie powinienem po takiej historii oczekiwać czegoś więcej ale mimo wszystko czuję niedosyt.

Ogólnie rzecz ujmując, „Poradnik pozytywnego myślenia” jest filmem przyjemnym. Mimo, iż nie jestem fanem komedii romantycznych, oglądając „Poradnik” nie czekałem ze zniecierpliwieniem na finalną scenę, kiedy wreszcie zakochani wpadną sobie w ramiona, a ja rozprostuję zdrętwiałe kości. Wręcz przeciwnie, pod koniec czułem się jak mały chłopiec, który skończył dobrą zabawę i chciałby więcej ale musi już iść do domu.



Jako że to moja pierwsza recenzja filmowa, zastanawiałem się nad wprowadzeniem jakiejś skali oceniania (wzorem 1-10 na filmwebie). Jednak stwierdziłem, że jeśli tak zrobię, ktoś średnio zainteresowany przeleci wzrokiem po treści, sprawdzi notę i sobie pójdzie. Nie ma tak dobrze, trzeba przeczytać! :)




grafika z: link