wtorek, 12 marca 2013

Rozwiane ob(ł)awy


Obejrzałem „Obławę”! Ku mojemu zaskoczeniu film ten wyszedł bardzo szybko na DVD, dzięki czemu nie zdążyłem o nim zapomnieć i obejrzałem. Wiele się nasłuchałem o tym obrazie, jaki to kontrowersyjny, pełen szokujących treści. I tu pojawia się mój pierwszy problem. W zapowiedziach czytałem, że „Obława” obala polskie mity dotyczące wojny, deheroizuje utarte wizje walczących do ostatniej krwi Polaków. Tyle, że aby zobaczyć obalone mity najpierw trzeba w nie wierzyć. Ja niestety do tej grupy społecznej się nie zaliczam. Jestem tylko człowiekiem i rozumiem, iż w sytuacjach ekstremalnych (a za takie uważam wojnę) ludzie będą robić wszystko, aby przeżyć. Sposoby schodzą tutaj na dalszy plan. Dlatego było dla mnie oczywiste, że w czasie niemieckiej inwazji nie wszyscy łapali na broń i biegli na pierwszą linię frontu. To, że dotychczas oglądaliśmy tylko bajki w stylu „Bitwy warszawskiej” gdzie drobne panie łapią za CKM, a ramię w ramię z żołnierzami, z krzyżem w dłoni pędzi ksiądz, jest tylko naszym narodowym zboczeniem. „Obława” jest kolejnym filmem o II wojnie światowej, z którego jednak wyjęto martyrologię i mesjanizm.

Cała historia przedstawiona w tym filmie jest w zasadzie banalna. Grupa żołnierzy, zepchnięta przez wroga do podziemia, gnieździ się w spartańskich warunkach w lesie i działa na zasadach partyzanckich. Mają swojego hitmana (Marcin Dorociński), który likwiduje złych Niemców i polskich zdrajców. Wśród grupy walecznych mężów krząta się Pestka (Weronika Rossati), ni to pielęgniarka ni to praczka. Dziewczyna traci wiarę w sukces Polaków, wybiera kolaborację. W kontaktach z Niemcami pomaga jej etatowy konfident Hitlerowców – Henryk Kolendowicz (Maciej Sthur).

Żeby nie znudzić widza, cała fabuła została mocno udziwniona dwoma czynnikami. Po pierwsze – chronologia. Liczne retrospekcje są jedynym źródłem jakiegokolwiek napięcia, czym przy okazji nieco utrudniają odbiór filmu. Po drugie – związek przyczynowo-skutkowy. Oglądałem ten film dość późnym wieczorem lecz uważnie, jednak mimo wszystko w pewnym momencie nie wiedziałem już, od kogo się to wszystko zaczęło. Żona Kolendowicza (Sonia Bohosiewicz) chce pozbyć się niekochanego męża. Jej ojciec donosi na zięcia polskim żołnierzom. Zabójca Dorociński wyrusza po Kolendowicza, by zastrzelić go w lesie. Dowiadujemy się także, że kaprala Wydrę i Kolendowiczową łączy wspólna przeszłość. Drugi ciąg to historia Pestki. Przychodzi do Kolendowicza, razem spotykają się z Niemcami. W konsekwencji spotkania dochodzi do rzezi w obozie partyzantów. Niby nic takiego ale zagmatwane, prawda?

Wreszcie gra aktorska. Wszystko kręci się wokół czworga bohaterów (Sthur, Dorociński, Rossati, Bohosiewicz). Najprostsze zadania miała odtwórczyni roli Pestki. Cicha, cnotliwa, pełna pokory i skruchy. Brakuje wewnętrznej walki, rozdarcia między własnymi interesami, a wiarą w rodaków. Po tej hollywoodzkiej gwieździe spodziewałem się więcej. Odrobinę emocji widać w grze Sonii Bohosiewicz. Mimo, że jej miłość do męża, o ile w ogóle była, wygasła, możemy zaobserwować jej rozterki, wahania. Szczerze mówiąc, najbardziej w „Obławie” podobał mi się Dorociński. Bardzo dobrze oddał psychikę wysoce indywidualnej postaci jaką grał. Po serii filmów gdzie występuje jako melancholijny, zagubiony romantyk (swoją drogą widziałem ostatnio zwiastun filmu „Miłość” gdzie wraca do tego typu bohatera; panie Marcinie, why?), w tym filmie jawi się jako bezwzględny killer, który przed wykonaniem wyroku potrafi gawędzić z ofiarą o piłce nożnej (świetna scena!). Grając kaprala Wydrę według mnie pokazał, że to czołowy polski aktor pokolenia w wieku około lat 30. A co pokazał Sthur? Oddał charakter swojej postaci dobrze, solidnie, pokazał wszystko co miał pokazać jako Henryk Kolendowicz. I pewnie uznałbym, że to kolejna jego dobra rola, gdyby nie fakt, że zagrał w tym filmie z Dorocińskim, który go przyćmił. Na koniec mały kamyczek do ogródka „Obławy”. Postać Kolendowicza: kolaboranta, materialisty i egoisty została ukazana źle. Widać,  że chciano stworzyć bohatera pełnego wewnętrznych sprzeczności, który współpracować z Niemcami musi, żeby przetrwać. Jednak w „Obławie” widzę tylko typowy czarny charakter, który dzięki donosom żyje w przepychu i instrumentalnie traktuje żonę. Kiedy już zdążymy go znielubić pojawia się jego ludzka twarz. Nie wykorzystuje Pestki, a przed śmiercią pokazuje, że tak naprawdę kocha żonę i prosi swojego oprawcę o opiekę nad nią. Zwłaszcza ten ostatni gest sprawił, że ręce mi opadły.

Podsumowując, jeśli znacie historię „Obława” nie będzie dla was szokiem. Może za to być jednym z pierwszych REALISTYCZNYCH polskich filmów o tematyce wojennej. Wszystko to dźwiga na swoich plecach Dorociński, który intryguje i ciekawi. Dlatego warto obejrzeć ten obraz, choćby ze względu na niego.


grafika z: link

1 komentarz:

Klaudia pisze...

Dorocińskiego ostatniego czasu miałam dość, ale na szczęście obronił się rolą w "Obławie". Do reszty aktorów także się nie doczepię. Ale sama gra aktorska nie wystarczy - niestety za dużo retrospekcji, pomieszania wątków. Jak na polski film wojenny całkiem nieźle, ale szkoda, że zmarnował się taki potencjał. :)